Nazwałem go "prorokiem", bo nawet nie pamiętam jak ma na imię. Nie było języka w którym moglibyśmy się porozumieć. On nie znał słowa po angielsku, ja nie znam laotańskiego, ani jego plemiennej odmiany. którą posługiwał się mój przepowiadacz przyszłości. A jednak - pogadaliśmy jak starzy znajomi. A w prezencie na koniec dostałem niezwykła przepowiednię, która się ziściła. I choć nie jestem przesądny, lubię wierzyć, że to wszystko dzięki jego słowom. Pardon, gestom.
