
Mury Beelitz-Heilstätten były świadkiem niezwykłych historii. Początkowo zaprojektowane jako sanatorium, pełniło wiele ról, by ostatecznie opustoszeć i stać się atrakcją dla fotografów i ekscentrycznych turystów. Mówi się, że straszą tu duchy. Nic dziwnego, niezwykła architektura sanatorium aż się prosi o gotycki horror. A historie rodem z filmów grozy są niczym wobec banalności zła, które na jakiś czas zawitało w tę - wydawałoby się - spokojną okolicę.
Beelitz-Heilstätten Sanatorium położone jest ok. 50 km od Berlina. Kompleks liczy ponad 60 budynków. Nie do każdego można wejść, drzwi, czy też to co z nich zostało zabite są deskami. Pozostają okna czy piwniczne szyby. Patrząc się na obdrapane ściany, czy długie usiane zeschłymi liśćmi korytarze można poczuć się jak w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym.

A jednak Beelitz nigdy nim nie było. Zaprojektowane jako sanatorium dla gruźlików widziało zapewne niejedną śmierć. Na początku XX wieku gruźlica prowadziła niemal zawsze w objęcia śmierci - była to tylko kwestia czasu. Podczas pierwszej wojny światowej chorych wypisano, a zamiast nich przyjmowano rannych z frontu. Tym sposobem "gościło" w swych progach przyszłego Fuhrera, wtedy zaledwie żołnierza piechoty rannego w nogę. Po drugiej wojnie światowej przyszli Rosjanie. Ślady ich pobytu można znaleźć do dziś: wyblakłe plakaty na ścianach, szeleszczące gazety pisane cyrylicą.


Z miejscem związana jest także historia seryjnego mordercy. Wolfgang Schmidt terroryzował w latach dziewięćdziesiątych okolicę swoimi potwornymi czynami. Ofiary - było ich łącznie sześć - dźgał nożem, bądź dusił stanikiem, a potem je gwałcił. Ostatecznie został ujęty przez policję, na podstawie portretu pamięciowego stworzonego dzięki niedoszłym ofiarom. Sklasyfikowany jako chory psychicznie starał się o zmianę płci.
Niewyjaśnione do końca są powody, dla których pewien fotograf zamordował modelkę pozującą mu do zdjęć na terenie byłego sanatorium. Niemiecki Bild sugerował, że była to chora sadomasochistyczna gra. Fakty jednak nie są mocną stroną brukowców. Na pewno wiadomo, że Michael F. interesował się przemocą i brutalną pornografią - takie materiały znaleziono u niego w komputerze. Czy modelka Anja P. zdawała sobie sprawę, na jaką sesję zabiera ją fotograf? Od dramatycznego zdarzenia z 2008 roku w Beelitz jest spokojnie.


Spokojnie, nie znaczy bezpiecznie. Na zwiedzających nie czają się zwyrodniali transwestyci fotografowie, to jednak uważać pod nogi trzeba. Budynki kompleksu są w różnym stanie i oficjalnie nie powinno się tam przebywać. Nieraz chodząc po schodach ma się wrażenie, że za chwilę wszystko runie dwa piętra w dół. Sufit też nie sprawia wrażenia bezpiecznego. O kawałkach szkła walających się po podłodze, czy wystających prętach także nie wolno zapominać.

Mimo to, a może właśnie dla dreszczyku emocji oraz wspaniałych widoków warto się tam wybrać. Miejsce odpłaci się nam niezwykłymi widokami. Wyjątkową estetykę docenili producenci filmowi. Rammstein wykorzystał jeden z budynków w teledysku. Wiadomo też o scenach z "Pianisty" Polańskiego kręconych na terenie Beelitz-Heilstätten. I na pewno nie jest to ostatnia rola w historycznym dorobku miejsca.
Miejsce: Beelitz-Heilstätten Sanatorium
Najlepszy czas na zdjęcia: Każdy. Nie widziałem - i sam nie robiłem - zdjęć nocnych w tym miejscu, ale potrafię sobie wyobrazić, że mogłyby być piękne. Pora dnia nie jest najważniejsza, gdyż najciekawiej jest we wnętrzach. A wtedy statyw wydaje się nieodzowny. Jeśli nastawiamy się na fotografowanie fasad budynków, to warto przygotować się na to albo na początku wyprawy, czyli wcześnie rano, albo na sam koniec, późnym popołudniem. Gdzie założyć bazę:
Kompleks leży ok. 50 km od Berlina, także można spokojnie zatrzymać się w stolicy Niemiec. Na miejscu - przed kompleksem jest jedna, czy dwie restauracje, gdzie można się napić, czy zjeść obiad, albo kolację. Niestety nie pamiętam, czy można tam wynająć pokój.
Photo Gallery by QuickGallery.com
Photo Gallery by QuickGallery.com

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz